Uśmiechnij się

Dzisiaj leżę chory w łóżku w pustym mieszkaniu. Denerwuje mnie to. Tak jak kiedyś lubiłem spędzać czas w domu i nie nudziłem się się z tym, tak teraz mnie to irytuje. Brak mi kontaktu z ludźmi i na swój sposób czuję się tutaj uwięziony.

Tak się czuję chyba od kilku tygodni, dlatego cały czas gdzieś wychodzę, staram się bywać, coś robić. Stąd też to niekończące się przeziębienie, które zaczynam czuć w płucach.

Chuj z tym, potrzebuję zobaczyć jakiś uśmiech!

Absolutnie piękne



„Сегодня я расскажу вам историю о человеке утонувшим
в холодных водах океана. После потери того кого он любил.
Эта история о человеке который умер дважды”

Where the light shivers offshore
Through the tides of oceans
We are shining in the rising sun

As we are floating in the blue
I am softly watching you
Oh boy your eyes betray what burns inside you

Whatever I feel for you
You only seem to care about you
Is there any chance you could see me too?
‚Cos I love you
Is there anything I could do
Just to get some attention from you?
In the waves I’ve lost every trace of you
Oh where are you?

After all I drifted ashore
Through the streams of oceans
Whispers wasted in the sand

As we were dancing in the blue
I was synchronized with you
But now the sound of love is out of tune

Whatever I feel for you
You only seem to care about you
Is there any chance you could see me too?
‚Cos I love you
Is there anything I could do
Just to get some attention from you
In the waves I’ve lost every trace of you
Oh where are you?

To jest moje

Tyle razy już to przerabiałem, a teraz znowu zrobiłem to samo. Jak tylko go poznałem, wiedziałem że on nie jest dla mnie. Dwa różne światy, których nie da się połączyć. W takich chwilach rozsądek mówi mi „nie”, ale zawsze mam gdzieś rozsądek. I nie jest tak, że jestem mądry po szkodzie, że wcześniej nie wiedziałem że się nie uda. Wiedziałem, zrobiłem to i gdybym znowu znalazł się w tej sytuacji  zrobiłbym to ponownie.

Teraz mam swój uczuciowy rollercoaster. Ścisk w brzuchu, brak apetytu, nieznośnie ciążenie myśli w stronę dni spędzonych razem i głupiutkich wyobrażeń co by było, gdyby się nie skończyło.

Wiem co zrobić żeby nie wspominać, nie rozmyślać i często tak robię, ale z drugiej strony  od czasu do czasu z masochistyczną przyjemnością rozbudowuję tą tęsknotę w sobie. Rano i wieczorem, gdy leżę w łóżku, jadę samochodem, i gdy siedzę w kinie.

To jest takie moje, taka integralna część mnie, której nie rozumiem i której nie wyrzucę z siebie, nie dlatego że nie mogę – nie chcę! Wiem, to rodzaj masochizmu, ale jest po prostu częścią mnie. Żeby go nakarmić pewnie odezwę się do niego, napiszę kilka dobrze brzmiących, głupich słów, które rozbudują te uczucia we mnie, wniosą mnie na wyższy poziom odczuwania.

Kilka dni później spotkamy się przypadkiem na mieście, może w jakimś barze. Będzie zdziwiony jakim tryskam zdrowiem i radością, będzie próbował znaleźć ślad po sobie w moim sercu żeby potwierdzić swoją atrakcyjność. Dam mu to, chociaż nie będzie wiedział, że może tkwię już w czymś zupełnie nowym, podobnym, ale na swój sposób wyjątkowym.

Jesteśmy naszymi myślami

Kilka dni temu przeczytałem, że jesteśmy naszymi myślami i od nas zależy kim dzięki tym myślom będziemy. Sceptycznie odnoszę się do takich stwierdzeń, ale obok stwierdzenia opisane było ćwiczenie, które pomaga sobie uświadomić, że naprawdę tak jest. Wystarczy usiąść w cichym pokoju, najlepiej samotnie, skoncentrować się i przed 20 sekund powtarzać na głos „Jestem brzydki, jestem brzydki, jestem brzydki…” W brzuchu pojawiło się nieprzyjemne uczucie, jakiś mały zalążek bólu i złego samopoczucia.

Małe ćwiczenie, które pozwoliło mi zrozumieć, że jeśli pozwalam sobie na takie myśli to ciągną mnie one w dół. Na co dzień działa to na zasadzie ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka, a w chwilach dużych emocji potrafi nas całkowicie zdominować. Wówczas najbliższe osoby widzimy jako takie, które chcą nam zaszkodzić, robią to do tego rozmyślnie, bo jak inaczej!

I trzeba się bardzo długo starać żeby nauczyć się mieć myśli pozytywne. I mówić sobie „na pewno nie chciał/chciała tego zrobić”, bo to bardzo pomaga zrozumieć najtrudniejsze sytuacje i zachowania. Tylko to jest naprawdę wielka mała umiejętność!

Glow

To jest dobry wieczór. W większym stopniu jestem strumieniem świadomości albo wiązką elektronów niż człowiekiem. Mam mega pozytywne nastawienie do świata,  pomimo że zwyczajnie siedzę w domu, piję wino, słucham muzyki.

Jestem przeświadczeniem, że wszystko jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Mam ochotę  się rozwijać, poznawać nowych ludzi, świat. Wyjść ze swojej strefy komfortu i zatrzymać to wszystko na co dzień, tak żeby wszyscy zobaczyli poświatę energii, która teraz mnie otacza.

Przyjaciele

Moi przyjaciele są niesamowici. Nie mógłbym bez nich żyć. Nigdy ich nie zostawię.

Ludzie bardzo często używają takich słów dla określenia swoich przyjaźni. To naprawdę bardzo dobrze. Niestety dochodzę do wniosku, że ze mną jest coś nie tak. Potrafię zawierać przyjaźnie i wiele się ich w moim życiu pojawiło, nie potrafię jednak ich utrzymać.

Dojrzałem już chyba na tyle żeby winy nie szukać w otaczającym świecie, tylko w większym stopniu w sobie. Nie potrafię jednak zrozumieć co takiego jest we mnie, że pozwalam bliskim ludziom oddalać się stopniowo. Dlaczego raz na jakiś czas zamykam się w sobie, zamykam się na relacje tylko z jedną najbliższą osobą i pozwalam umrzeć przyjaźniom.

W ostatnich latach mam spore grono znajomych wokoło mnie. Tęsknię jednak za czymś więcej, za 3-4 osobami, którym mógłbym powiedzieć wszystko. Przed którymi nie musiałbym się ukrywać ze swoimi kompleksami i myśleć jak mnie oceniają. Za osobami, które będą do mnie dzwonić i na których mógłbym polegać, gdy będzie mi źle. Przed którymi nigdy mi nie będzie wstyd.

Być może wciąż nie potrafię się otworzyć, nie pozwalam się zbliżyć do siebie za bardzo. Wciąż za bardzo się pilnuję i za bardzo mi zależy żeby wypadać w oczach innych na kogoś, zamiast po prostu być z kimś i akceptować wszystko takim jakie jest.

Może też za mało doceniam tych, którzy są. Żeby nie było – mam 2 osoby, które są mi naprawdę bliskie i muszę coś zrobić żeby nie stało się z nimi to co z wieloma innymi osobami w moim życiu. Muszę zrobić coś, co przerwie to fatalne ciążenie w stronę samotności.

Leben – in Outer Space

Gust muzyczny mam bardzo zmienny i szeroki. W trakcie kilkunastu ostatnich lat przechodziłem fascynację rozmaitymi rodzajami muzyki; od muzyki klasycznej, poprzez pop, rock, rap, ale też zupełnie poza mainstream’owe zainteresowania muzyką industrialną, ciężkim i surowym brzmieniem polskich twórców muzyki elektronicznej z końca lat 90.

Po tych kilkunastu latach, w których zdarzały się utwory czy nawet płyty, które potrafiłem przesłuchać kilkadziesiąt razy i dla nich odstawić wszystko inne na długie tygodnie, tak czy inaczej na szczycie pozostaje jeden niekwestionowany zwycięzca. Płyta, którą już w tym roku przesłuchałem kilkadziesiąt razy, a od jej wydania w 2003 roku (kupiłem pewnie na początku 2004) prawdopodobnie ponad 500. Wielokrotnie powtarzane 75 minut i 45 sekund, w trakcie których jestem w zupełnie innym świecie.

Leżąc w łóżku późną nocą ze słuchawkami na uszach wpadam w rodzaj letargu, transu, tak silnego, że gdyby wybuchł pożar nie mógłbym uciekać. Jestem wtedy w swoim wewnętrznym świecie, w moim naturalnym środowisku, które zostałem nauczony opuszczać żeby jeść, spotykać ludzi, czasami kochać… Ta rzeczywistość jednak nie dorównuje temu światu, który jest we mnie – tam też jem, spotykam ludzi, przeżywam najintensywniejsze miłości. Wszystko to jednak odbywa się na zupełnie inną, niesamowitą skalę. Prowadzę tam życie pozbawione ograniczeń, których nie potrafię pokonać w tzw. realnym świecie. Ktoś kto leżałby blisko mógłby zobaczyć tylko las zjeżonych włosków na moim ciele, ale gdyby ono mogło świecić, całe pulsowałoby ferią kolorów.

Od wielu tygodni w trakcie takich transów unoszę się nad ziemią, lewituję, by w połowie płyty znaleźć się w przestrzeni kosmicznej. Siedzę za sterami super szybkiego kosmicznego myśliwca i przemierzam zimne, fascynujące przestrzenie. Części Wszechświata, gdzie jeszcze nikt nie dotarł i z których nie ma powrotu do ludzi. Towarzyszy mi absolutna samotność, ale jest to samotność kogoś spełnionego, kogoś kto przeżył wszystko co było do przeżycia, a teraz idzie jeszcze krok dalej. Oczyszczające uczucie. Tak właśnie chciałbym umrzeć.

Dla wszystkich, którzy chcieliby posłuchać, ta płyta to Leben niemieckiego artysty występującego pod pseudonimem Schiller. Słowo leben znaczy życie.

Słowa kamienie

Kolejny rok mija, a ja wciąż utrzymuję bloga przy życiu. Jestem sentymentalny, ale nie wiem czy coraz bardziej czy coraz mniej? I w stosunku do kogo/czego?

Zaledwie wczoraj rozprawiłem się z pewną znajomością w sposób tak pozbawiony sentymentów, że cały czas wracam do tego myślami i chyba nie mogę w to uwierzyć.

Zapytałem po prostu - Na ilu frontach grasz jednocześnie?

Na pięciu! - odpowiedział niby żartem – bo jak inaczej miał odpowiedzieć.

- Teraz już na czterech. – to moja krótka odpowiedź.

I nie było żadnego trybu odwoławczego, zresztą niezbyt mocno próbował się odwoływać. Dlaczego? Może dlatego że widział i słyszał jak to mówię, jaki jestem spokojny, zdecydowany i uprzejmie stanowczy. Zawsze byłem ceniony za treściwy język. I jak się odwoływać od takiej decyzji, na co się powołać? Można tylko położyć na szali swój honor, na chwilę od niego odstąpić, przyznać się do błędów i wypaczeń i liczyć na łagodny wyrok.

Teraz zastanawiam się czy tak to sobie właśnie wyobrażałem? Chyba jednak nie. Wiedziałem że to lew i nigdy tego nie zrobi. Może chciałem go złamać, może chciałem jakiegoś dowodu, że coś zmieni w swoim zachowaniu, a może po prostu chciałem żeby skończyło się tak jak się skończyło – i to był sposób żeby to osiągnąć. To po prostu rozsądne – wszystko skończyć, zabić w zarodku i nie sprawdzać co będzie dalej. Wiem, że to schematyczne działanie, ale schematy rodzą się po wielu praktycznych próbach – statystycznie są więc trafne. Statystycznie nic by z tego nie było.

Rewolucja w mojej krwi

Dzisiaj znowu jest mi niewygodnie w Polsce, w Warszawie i w moim życiu. Chciałbym się znaleźć gdzie indziej, czyli mówiąc krótko uciec. Zamiast planować remont mieszkania mógłbym wypłacić kasę z konta, kupić plecak, pojechać na lotnisko i za kilka godzin znaleźć się w Nairobi albo Kinszasie:D Tam nie byłoby miejsca na rozmyślania. Wszystko to o czym myślę stałoby się nieaktualne, nie wymagałoby żadnych decyzji, a mam wrażenie, że nawet w jakimś sensie przestałoby istnieć łącznie z wykreśleniem z rejestru. Ślad w historii by po tym nie pozostał.

Wiele osób wielu rzeczy mi zazdrości, a ja zazdroszę ludziom, którzy potrafią nie zazdrościć. Zazdroszczę osobom, które potrafią żyć tym co jest, które potrafią nie mieć przesadnie wielu oczekiwań i przede wszystkim, takim które nie myślą tyle. Tylko siebie trochę ciężko zmienić.

Rollercoaster

Miałem już nie pisać na tym blogu, ale w takie dni nie mogę się po prostu powstrzymać. Dzisiaj znów mam swój rollercoaster:) I fajnie jest:D

Lata uśpienia, wszystko wydaje się płaskie, szare, a tu nagle bum i mam jakąś zajebistą huśtawkę nastrojów. Skoncentrować się nie mogę, jestem mega pobudzony, miliony kolorowych myśli pędzą w światłowodach mojej głowy. Na maksa uzależniające uczucie – bardzo odpędza od codziennych rzeczy, bo pracować się nie da, nie da się normalnie jeść, zrobić zakupów, posprzątać meiszkania. Jak po chemii, ale bez chemii; no przynajmniej bez chemicznej chemii;-) Najchętniej poszedłbym na jakąś zdecydowanie zbyt głośną i przepitą imprezę, coś z tym zrobił, wykorzystał. Tyle energii, która zaraz mi rozpruje jakiś szef żeby się wydostać:D

Mój syn

Pościel jest miękka i ciepła. Pastelowe kolory pomagają zasnąć, oczy mam zamknięte. Jestem ojcem, mam wspaniałego syna. Cudowna radość dziecięcych oczu, blask zdrowych, silnych włosów, emanująca radość życia bez stresu. Zabieram go do muzeum, w wielkie święto. Jest cudownie, uczę go, daję mu coś co może dostać tylko ode mnie. Dziecięca ekscytacja obecnością prezydenta z okazji święta, wojsko, galowe mundury, piękne wnętrza.
Wiem, że muszę pójść do toalety i nie wiem co zrobić. Czy mam go zabrać ze sobą? To niezdrowe. Więc muszę go zostawić tu na chwilę, wśród tych ludzi, wśród funkcjonariuszy, agentów, żołnierzy. Jest bezpieczny. A jednak jest coś na dnie, niepokój, lęk. Lęk, który staram się zwalczyć. Dla jego dobra. Chcę żeby rósł zdrowo, w zdrowym świecie, zdrowych relacjach.
Idę sam, proszę żeby nie odchodził. Ale go nie ma. Gdy wracam nie ma go. Nie mam gdzie go szukać, nie mogę zadzwonić, a wszyscy się rozeszli. Gdzie jest mój syn? Gdzie jest to co miało po mnie pozostać? Gdy wszystkie nadzieje i talenty są już stracone. Gdy wszystko przepuściłem i wszystko co mi pozostało to On.
Mogę się tylko obudzić. Klęska.

Siedem żyć

Jestem kotem. Lubię się pieścić, lubię kiedy się mnie dotyka i głaszcze, ale tylko wtedy gdy ja tego chcę. Potrafię być pożyteczny, leczę i sprawiam, że ludzie czują się lepiej. Jestem zwinny, świetnie się poruszam, lekko i cicho stąpam. Mój widok sprawia ludziom przyjemność. Potrafię się obrazić, gdy jestem zaniedbywany, mogę chcieć się odgryźć i boleśnie za to zranić. Kocham ciepłe miejsca, lubię łóżko, dom i spokój, ale potrafię też balansować na krawędzi, wspinać się po dachach i wykonywać niebezpieczne skoki. Potrzebuję ludzi, ale chodzę własnymi ścieżkami. Jestem kotem i mam siedem żyć. Właśnie rozpoczynam trzecie.

Korzenie

Kilka notek niżej napisałem, że pora żeby Tomek ruszył dupę i gdzieś wyjechał. Nie na wakacje, ale pomieszkać, popracować – zmienić otoczenie, zmienić siebie i zamienić trwanie w… życie? Dupa. Dostałem ofertę pracy w Hiszpanii. I co zrobiłem? Odrzuciłem ją, bo za mało płacą. Okazja jakich mało. Mogłem wyjechać do kraju, który lubię, do kraju, w którym mówi się językiem, który znam i w którym już pracowałem przez miesiąc. Poznałem ludzi, z którymi miałbym pracować, dogadywałem się z nimi i myślę, że mógłbym ich polubić.

A jednak nie wyjechałem. 
Coś mnie tu trzyma. Zapuściłem korzenie, ale się do nich nie przyznaję. Kurwa. 

Pamięć

Dzisiaj przekonałem się, że coś co raz zobaczyliśmy już nigdy nie znika z naszej pamięci. Co chwila nasz mózg otrzymuje nowe dane, więc stare ladują na coraz dalszych półkach. Cały czas można jednak do nich sięgnąć i jeśli tylko mamy odpowiednią motywację, a może stymulację, to jesteśmy w stanie dotrzeć do nieprawdopodobnie starych danych. Również takich, które były błahe i wydawało nam się, że wyrzuciliśmy je z pamięci. Niektóre z nich okazują się ważne dopiero kilka lat później.

Umysł to potężne narzędzie, szkoda że nie ma do niego instrukcji. Tak jak nie ma instrukcji do serca. Wszystkie pozostałe organy nieźle potrafimy kontrolować. No chyba, że chodzi o penisa na starość;-)

Wczorajszy wieczór

Wczorajszego wieczora miałem niesamowity napływ czystych, wyrazistych myśli. Wspaniały strumień świadomości, kiedy nagle odkrywamy reguły w wydawałoby się zupełnie chaotycznym świecie. Zaczynamy rozumieć, widzieć dużo więcej i w jakimś sensie panować nad tym chaosem. 

Dzisiaj niewiele już z tego zostało. Pamiętam tylko, że myśli były o zmieniającym się świecie, życiu i rozpadających się więziach między ludźmi. Przez kilka chwil miałem niezwykle silne przekonanie, że zmieniły się czasy i relacje międzyludzkie stały się dużo mniej trwałe. Była to jednak myśl bez zabarwienia pejoratywnego, nic pod tytułem „co za czasy” i „jak tu teraz żyć”. Po co zaraz taka naiwność. Ludzie tysiące razy w swojej historii mieli poczucie, że świat schodzi na psy i zmierza ku końcowi. A świat i ludzkość mają się tak samo jak wcześniej. Tak samo, a jednak inaczej. Inaczej może być oczywiście postrzegane jako lepiej, jako gorzej, albo po prostu jako inaczej. Dramatu nie ma. 
Kiedyś obawialiśmy się, że człowiek nie będzie potrafił zdobyć jedzenia, bo wszystko kupuje w sklepach zamiast uprawiać bądź hodować. Nie będzie potrafił przetrwać w naturalnych warunkach, bo otoczył się kokonem cywilizacji. Niedawno jeszcze słyszeliśmy, że wkrótce przyrośniemy do komputerów, a one przejmą nad nami kontrolę. Przykłady można mnożyć. 
Idąc tym samym tropem można powiedzieć, że wkrótce na świecie zapanuje anarchia, bo rozpadają się więzi międzyludzkie. Nikt już nie wiąże się z nikim na całe życie, ale na co najwyżej kilkanaście lat, a później trzeba zrobić generalne porządki. Miłość nie jest już na zawsze i na zabój. Można się zauroczyć, można w szalony sposób okazywać zakochanie, ale wszyscy wiemy, że to przejdzie i pewnego dnia przyjdzie nam wybrać: gonić za nowym zauroczeniem czy pozostać w zawieszeniu, niedookreśleniu, niezdefiniowaniu.
Czasami może zatęsknimy za motylkami w brzuchu, ale to przejdzie. Wówczas powiemy, że dorośliśmy i nie można całe życie gonić za czymś co i tak musi przeminąć. 
Nie wiem do końca co chcę napisać, wspaniały strumień świadomości był wczoraj, a dzisiaj już go nie ma.

Alicja już tu nie mieszka

Kilka miesięcy temu pewien kaznodzieja biznesu sprzedał mi pewien patent. Otóż, ponoć gdy chcemy zmienić coś w swoim życiu, spróbować nowości to wystarczy głośno o tym powiedzieć. A dokładniej rozpowiedzieć – znajomym, rodzinie, wspólnikom i współpracownikom:) To wystarczy, bo wcześniej czy później znajdzie się ktoś, kto będzie mógł nam pomóc w tej zmianie.

Tak więc: mówię wszem i wobec, że przyszła pora żeby Tomek ruszył dupę poza granice naszej wspaniałej ojczyzny. Byłem oczywiście za granicą, ale teraz chcę na dłuuuugo. Jeśli ktoś wie jak się dostać na ciekawy wolontariat, może mi pomóc w znalezieniu pracy jako barman na plaży albo badacz zwyczajów godowych namibijskich surykatek, to czekam na wieści:)
Mam ogromną ochotę zmienić adres, a dokładniej mówiąc to mam ochotę nie mieć adresu przez pewien czas. Pewien czas = minimum rok, ale oferty na pierwsze 3 miesiące też chętnie rozważę:) 
Ja po prostu chcę zamienić mieć na być. Potrzebuję tego:)

Aj, aj, aj.

Aj, aj, aj. O czym to ja miałem pisać? Acha! Kiedyś lubiłem zaczynać notki od literki A – takie małe zboczenie;-)
Tydzień frustracji, tak w skrócie mógłbym opisać ostatnie dni. Znowu mam „problemy” w pracy, wkrótce chyba nie będzie mi się chciało robić na tej taśmie. Pomimo, że produkcja, którą się obecnie param sprawia mi sporo „frajdy”.
Problemem obecnej pracy są korpo ludzie. Dwie baby. Baby, nie kobiety. Wulkany. Wulkany próżności, wulkany braku profesjonalizmu, mieszania emocji do biznesu, oszukiwania, manipulowania, kłamstwa. Jakby mało tego jedna z nieustającym PMS-em. Panie Boże, jeśli jesteś (a wiem, że Cię nie ma), proszę, nigdy więcej kobiet szefów! Może dobrze byłoby wszystko wykrzyczeć, wyrzucić z siebie – wylać pomyje, zrugać, zjebać. To jednak tylko strzępienie języka.
A do tego jeszcze tzw. pożycie. Pożycie, które też niestety nie pomaga. Na codzień jest to pożycie codzienne, czasami gorsze, czasami lepsze. W ciężkich chwilach jednak jest zdecydowanie gorsze niż lepsze. W ciężkich chwilach nieodmiennie dowodzi mi, że jestem sam, zdany na siebie. Samotny. Ach, jaka piękna tragedia.
Podstępnie zbliża się też 30-tka. Co prawda mądrzy psycholodzy uważają, że człowiek przewartościowuje wszystko co siedem lat (w 7 roku, 14-tym, 21-wszym, 28-ym…), ale dlaczego nie spróbować tego w 30-tkę? Szansa była tej wiosny, rajska Dominikana, ale nie wyszło. Może trzeba szukać nowych szans. Wyjazd, czasami zwany ucieczką, bardzo często okazuje się niezłym wyjściem z sytuacji.
Poza tym chyba trochę o tym marzę. O nieuporządkowanym życiu. To paradoks, bo obecne życie również jest nieuporządkowane; bardzo niewyraźne, rozmyte. Trudno dostrzec w nim reguły, a czasami nawet sens.
Odwago przybywaj;)

Wino, marycha i blog

Pomyśałem sobie: napiję się wina, zapalę marychę i napiszę smutną notkę. W końcu jak trwoga do do bloga;-)
Problem w tym, że wino i marycha nie pasują do siebie. Marycha nie pasuje też do mnie, gryzie jak cholera i powoduje ból głowy. Może się zmóżdżę i napiszę coś od serca;-)